Wyrzuty sumienia, pogarda dla siebie, lęk przed piekłem. Post i modlitwa. Bicze i łańcuchy. Ropiejące rany. Przypuszczam, że każdy ma swoją własną podróż, zgadzam się na to. Kiedy zamiera we mnie moc, a święty dar przygasa, bawię się myślą o wskrzeszeniu go sztucznymi środkami. Kwas, meskalina, psylocybina? Nie, nie chciałbym w to znowu wchodzić. Umartwianie ciała? To chyba przestarzałe, jak krucjata lub noszenie sztylp. Coś, co nie pasuje do roku 1976. Zresztą wątpię, czy potrafiłbym daleko zajść w samobiczowaniu. Co pozostaje? Post i modlitwa? Mógłbym pościć. Modlić się? Do kogo? Do czego? Czułbym się jak głupiec.

(Reklama: )
